W martwej ciszy 

Jestem już nieco zmęczony psychologizującymi kryminałami, które udają thrillery. Zabierałem się więc za debiut Marty Langowskiej z pewną rezerwą. I dobrze, bo to powieść, która potrzebuje dystansu, inaczej zbyt łatwo jest zatracić się w fabule. „W martwej ciszy” to świetnie napisana opowieść, z zaskakującym zakończeniem i intrygującą grą, w którą czytelnik daje się wciągnąć od pierwszych stron. 

Aż trudno uwierzyć, że jest to debiutancka powieść autorki, która dotychczas parała się krótkimi formami literackimi. Opowiadanie to dzisiaj chyba najtrudniejszy gatunek prozy: publikowane głównie w internecie muszą natychmiast zachwycić i zaintrygować czytelnika, który w innym przypadku bez wahania pójdzie dalej. Langowska przyłożyła do powieści te same wymogi i wyszło jej coś świetnego: historia, która nie pozwala na chwilę oddechu, choć przecież nie jest to powieść naszpikowana wydarzeniami i zwrotami akcji. 

Ogromnym plusem „W martwej ciszy” jest klimat. Naprawdę można poczuć zapach igliwia, usłyszeć plusk wody i odgłosy dzikich zwierząt za oknem. To z tych przyjemnych wrażeń, bo przecież nie tylko takie atrakcje zapewnia nam Marta Langowska. Niestety, niektóre obrazy zostały ze mną jeszcze długo po tym, jak odłożyłem książkę. 

Fabuła zapowiada się bardzo typowo: były policjant, przypadkowe postrzelenie kobiety, relacja między nimi, w tle przyjaciel, tajemnica umierającego ojca. Banał, prawda? Nie dajcie się zwieść – czekają na Was światy rzadko eksploatowane w literaturze, osadzone w świecie onirycznej przyrody, a finał może zwalić z nóg. 

Podobne wpisy