99 ofiar Tytusa Mayera
Kolejne moje podejście do twórczości Marcela Mossa, przesympatycznego pisarza, który, jak mi ostatnio gdzieś mignęło, sprzedał już ponad dwa miliony egzemplarzy swoich książek. Pierwsza próba nie była zbyt udana, a druga?

„99 ofiar Tytusa Mayera” to jedna z nielicznych powieści Mossa, która nie wchodzi w skład żadnego cyklu, stanowi samodzielną historię. Rzecz zaczyna się dość banalnie, bo do podstarzałego zbrodniarza, który po odbyciu wieloletniej kary przebywa w szpitalu, przychodzi dziennikarka. Kobieta nie owija w bawełnę: jest na dnie i chce się odbić pisząc autobiografię „Bydlaka z Chełma”, jak media okrzyknęły dawno temu Tytusa Mayera. Jemu samemu pomysł bardzo się podoba, bo jak niespecjalnie ukrywa, do dobrego samopoczucia potrzebuje atencji.
Opowieść nie wpasowuje się w oczekiwania redaktorki. Okazuje się, że „Bydlak” prawdopodobnie wcale nie jest sprawcą stu morderstw, a z każdą rozmową coraz bardziej wychodzi na jaw, że jest także ofiarą.
Końcówka jest zgodnie z wymogami gatunku niesamowicie przewrotna i to, co wcześniej może drażnić, okazuje się uzasadnione – że tak ogólnie powiem, by nie psuć przyjemności z lektury.
Nie będę trzymał Was w niepewności: nie zostałem fantem Mossa, choć chylę czoła przed lekkością, z jaką prowadzi narrację. Facet umie opowiadać, wie jak utrzymać napięcie, potrafi zaskoczyć.
Wolę jednak, kiedy literatura – nawet rozrywkowa – nieco więcej mówi o świecie, pokazuje mi coś, czego nie wiedziałem lub tłumaczy coś, czego nie rozumiem. Ta powieść to szybka, kolorowa, pełna fajerwerków przejażdżka, po której niestety niewiele zostanie.
Marcel Moss, 99 ofiar Tytusa Meyera, Filia, Poznań 2023
—
[książka pożyczona]