nieme skrzypce
Grzegorz Kalinowski. Pisarz (opowiadań), eseista, krytyk. Magik. Za przeproszeniem – działacz. Co wydał, to zbierało nagrody. Jak nic nie wydaje, to też dostaje. Zasłużenie!

Zbiór sześciu opowiadań pod wspólnym tytułem „nieme skrzypce” Kalinowski wydał w 2021 roku. Przeczytałem je pięć lat później. Ale przecież to nie ma najmniejszego znaczenia, bo święta rzeka wciąż płynie, a starcy nadal czekają na uwagę.
Opowiadanie to gatunek, który zdecydowanie niesłusznie traktowałem jako wprawkę, igraszkę lub zdrapkę, która czasem ukrywała talent, a czasem guzik. Niesłusznie, krzywdząco i niemądrze, bo przecież opowiadania to świetna formuła nie tylko dla epickich krótkodystansowców. Dzisiaj, kiedy czytelnik zadżumiony błyskawicznymi dostawami dopaminy nie potrafi się skupić na niczym dłużej niż kilka chwil, opowiadanie powinno wrócić do łask. Zwłaszcza opowiadanie w takiej formie, w jakiej uprawia je Grzegorz Kalinowski.
To nie są proste historie, do których przywykli czytelnicy literatury głównego nurtu. To nie są powieści ściśnięte do rozmiarów dłuższego wpisu na Facebooku. Zupełnie nie. Kalinowski zabiera czytelnika do krainy snu, niczym Bruno Schulz czy Izaac Bashevis Singer, tylko nie na mityczne wschodnie rubieże Rzeczpospolitej, a gdzieś tu, nieopodal. Do miasteczka, które w onirycznym omdleniu przypomina dzieciństwo każdego z nas. Bo kogóż ominęły te cudownie splecione wspomnienia, z których nikt już nie umie rozplątać fabuły na prawdę i zmyślenie? Któż nie pamięta historii tak nieprawdopodobnych, że aż niemożliwych?
Opowiadania Grzegorza Kalinowskiego nie dają dopaminy. Dają coś więcej: wytchnienie i ukojenie, mimo że przecież w tej prozie, tuż pod powierzchnią, coś niepokojąco drga. Razem z narratorem śnimy ten sen, który powinien ocierać się o koszmar, bo czekamy na kometę, która zniszczy świat, szukamy tajemniczego i groźnego zwierza, patrzymy na upadek (dosłowny!) kościoła, obserwujemy przybycie do miasteczka budzącego lęk przybysza z innego świata. Powinniśmy się bać, ale czujemy coś innego: ciekawość dzielącą miejsce w naszych sercach z przekonaniem o nierealności katastrofy, a faktycznym byciu tylko tu i teraz, kiedy rzeczywiście czujemy lęk, ale nie paraliżujący strach. Bardziej chcemy podglądać bezimiennych starców koczujących nad świętą rzeką, niż zerknąć we własne dusze. Tak jest, prawda?
„Nieme skrzypce” to wyjątkowa pozycja. To książka, która ma rację bytu obok rynku (stąd sowite dofinansowanie Urzędu Miasta Bydgoszczy i publikacja przez Kujawsko-Pomorskie Centrum Kultury). Dzisiaj tak się nie pisze, jeśli chce się odnieść sukces, choćby taki mikro, rozumiany jako zwrot kosztów druku. Kalinowski nie goni za czytelnikiem, nie kokietuje go, ba – mam wrażenie, że w ogóle go nie zauważa. Pozwala mu jednak iść obok siebie, przyglądać się onirycznemu uniwersum w swoim tempie i smakować świat, który dla narratora „niemych skrzypiec” jest jedyny.
A może rzeczywiście innego świata już nie ma?
Grzegorz Kalinowski, nieme skrzypce, Kujawsko-Pomorskie Centrum Kultury w Bydgoszczy, Bydgoszcz 2021.