Kiepścizna Ziemkiewicza
Szanuję Rafała Ziemkiewicza zarówno jako pisarza („Pieprzony los kataryniarza” na długo zmienił moje widzenie polskiej SF), jak i publicystę („Polactwo” było doskonałą diagnozą naszego status quo). Tym większe rozczarowanie przyniosła mi lektura „Żywiny”. 
„Żywina” miała być powieścią, jakiej polska literatura po Okrągłym Stole się nie doczekała. Powieścią o „kisielu”, w którym kazali i każą pływać Polakom. I trudno powiedzieć, że jest o czymś innym. Faktycznie opowieść o dziennikarzu z ogólnopolskiej gazety, który próbuje dociec prawdy na temat tajemniczego wypadku samochodowego i śmierci posła Samoobrony jest historią o prawdziwej Polsce. Tej, w której najniższy rangą urzędnik jest często panem życia i śmierci, a rzesze ludzi spoza układu służą wyłącznie do płacenia podatków. Tylko że można to było napisać jakoś inaczej, po prostu dobrze. A Ziemkiewicz napisał „Żywinę” w tak dramatycznie fatalnym stylu, że aż boli.
Jeżeli coś w tej powieści jest frapującego, to postać dziennikarza, stającego się zresztą narratorem – co byłoby ciekawym zabiegiem, gdyby autor zrobił to lepiej. Radek jest trzydziestolatkiem szukającym tak naprawdę tożsamości. Dorastający bez ojca, nie potrafi się odnaleźć w prawdziwym świecie. Buduje zapory z kariery, z romansów, z aspiracji do bycia członkiem elitarnej grupy „młodych, wykształconych z dużych ośrodków”. Bierze udział w „robieniu Europy”, podróżuje, mówi biegle po angielsku, ale wciąż nie wierzy w farsę, której jest aktorem, a może i do pewnego stopnia reżyserem.
Mam wrażenie, że „Żywina” to jedynie jakieś notatki, które miały posłużyć autorowi do napisania prawdziwej powieści. Nie tracę nadziei, że kiedyś ją przeczytam.