Wspólnota śmiertelnych 

Kiedy zobaczyłem gdzieś w internecie tytuł „Wspólnota śmiertelnych. Tanatologia zwierząt towarzyszących w perspektywie etnografii międzygatunkowej”, kupiłem od razu. Pasjonują mnie poszukiwania tożsamości, ludzkiej odrębności i wspólnotowości z innymi stworzeniami w czasach, kiedy kryzys filozofii widoczny jest gołym okiem. Książka Małgorzaty Roeske przykuła mnie na długie godziny i nie pozwoliła oderwać się, póki nie zamknąłem ostatniej strony.  

„Wspólnota śmiertelnych” to – jak dowiadujemy się z jej treści – doktorat. Ale nietypowy, bo przecież nie jest to klasyczne opracowanie naukowe, a ostatni rozdział śmiało mógłby zostać zgłoszony jako samodzielny tytuł do Nagrody Kapuścińskiego. 

Autorka postawiła szereg pytań, sprowadzających się do jednej kwestii: jakiego rodzaju relacja tworzy się między człowiekiem i zwierzęciem towarzyszącym? Rozsądnie postanowiła przyjrzeć się tej relacji w sytuacji granicznej: śmierci zwierzęcia. Uniknęła przy tym pułapki zastawionej przez Wittgensteina i jego kontynuatorów, nie ugrzęzła w terminologii. Natomiast same rozważania dotyczące tego, czym jest śmierć dla zwierzęcia i dla człowieka są wyborne. 

Prawdą jest, że śmierć jest wyjątkowo ludzką cechą. Tylko człowiek śmierć traktuje jak część życia, tylko on ma świadomość nieuchronności śmierci i tylko on o tej śmierci jest w stanie rozważać, przygotowywać się, nadawać jej sensy. Zwierzęta tego nie potrafią, to fundamentalna różnica międzygatunkowa – powie wielu filozofów przywoływanych przez autorkę. Inni jednak zepsują tę oczywistość twierdzeniem trudnym do obalenia: ani człowiek, ani żadne zwierzę (nie powiem „inne”, bo tutaj akurat z autorką się nie zgadzam – uważam, że sprowadzanie człowieka do biologicznej kategorii „jednego ze zwierząt”, być może nawet „primus inter pares”, jest zwyczajnie nadużyciem etycznym) nie jest w stanie doświadczyć własnej śmierci. Mam jednak znów poważny dylemat, czy tak jest naprawdę. Oczywiście w znaczeniu dosłownym nie jesteśmy w stanie doświadczyć własnej śmierci, bo ona stanowi kres doświadczenia, ale przecież – i na tym polega ludzka wyjątkowość – potrafimy przeżywać wiele duchowych wydarzeń wykraczających poza doświadczenie empiryczne, na tym przecież polega działalność artystyczna i intelektualna. W skrajnym przypadku jesteśmy w stanie kontemplować własną śmierć. Zwierzęta są tej umiejętności pozbawione. A przynajmniej nie istnieją jak dotychczas żadne przesłanki, by sądzić inaczej. 

Znaczną część swojej pracy Małgorzata Roeske poświęciła kwestii empatii, tej wyjątkowej relacji, więzi, która istnieje między wieloma opiekunami (bo przecież nie jedynie właścicielami), a zwierzętami towarzyszącymi. Jest to relacja, jak twierdzi autorka i jak mówi nam doświadczenie, niejednostronna. W sytuacjach granicznych, jakimi są przypadki ciężkich chorób i cierpienia, człowiek i zwierzę dają sobie wzajemne wsparcie. Jak można je okazywać? Jak daleko można się posunąć w rytualizacji procesu odchodzenia? O tym także pisze Roeske, na podstawie obserwacji, pracy teoretycznej, ale również relacji osób, które towarzyszyły odchodzeniu zwierzęcia. 

Bardzo ciekawe rozważania autorka oparła na koncepcji – nieco infantylnej, ale przecież wyraźnie obecnej w przestrzeni wirtualnej i coraz częściej także rzeczywistej – „tęczowego mostu”, jako świeżej, relatywnie nowej próby stworzenia swoistej eschatologii międzygatunkowej. Osobiście mam dużą rezerwę do tego zjawiska, stojąc dość uparcie na stanowisku uwzględniającym konieczność wyraźnego rozdzielenia sfery sacrum i profanum, ale także doceniając ogromną rolę tabu w konstruowaniu bezpiecznego świata rytuałów. Nie można jednak odwracać głowy od czegoś, co od kilkudziesięciu lat tak dynamicznie podgryza fundamenty znanej nam teologii tworząc konstrukt stojący niejako z boku. „Tęczowy most” to koncepcja, która jest bliska wschodniej sztuki retoryki – proponuje dramatyczny zwrot narracji dotyczącej życia pośmiertnego, ale uchyla się od ideologicznego zderzenia z eschatologią zastaną, chowając się w mgle kiczu, pastiszu, gry pozorów. Pod tym względem to arcyciekawy temat i doskonale opisany przez autorkę „Wspólnoty śmiertelnych”. 

Rytuały związane z umieraniem i śmiercią zwierzęcia stanowią istotną część rozważań Małgorzaty Roeske. Próby, czasem bardzo rozpaczliwe, wyjścia z żałoby, przeżywanie straty, recepcja społeczna żałoby po zwierzęciu, aż wreszcie tabu emocjonalnej analogii między śmiercią zwierzęcia a utartą bliskiego człowieka to tematy, z którymi autorka mierzy się bez uciekania w patos, technikalia i emocjonalność – kiedy trzeba oddaje głos badanym przez siebie osobom, a kiedy może próbuje opartych na badaniach uogólnień. Finalnie dostajemy naprawdę poważną analizę, z której wnioski są w znacznym stopniu zależne od naszego własnego doświadczenia i światopoglądu. Na tym polega siła „Wspólnoty śmiertelnych”. 

I wreszcie ostatni rozdział. Perła tej książki. Rasowy reportaż zatytułowany „Hospicjum dla bezdomnych kotów”. Autorka pojechała do Torunia, gdzie Agnieszka Szubert prowadzi fundację, która daje bezdomnym, terminalnie chorym kotom odejść z godnością (rozważania dotyczące tego, czym jest godność w kontekście zwierzęcia i czy termin ten przynależy wyłącznie człowiekowi, znajdziemy we wcześniejszych partiach książki). W doskonałej formule dziennikarskiego lustra Roeske pokazuje nam kobietę, która odarta z patosu stanowi definicję tego, co zapowiadał tytuł książki. 

Nie spodziewałem się, że „Wspólnota śmiertelnych” tak bardzo we mnie będzie pracowała, że tak bardzo zainspiruje do rozmyślań o relacji miedzy człowiekiem a zwierzęciem, o umieraniu i śmierci, o traumie, tabu i rytualizacji. Ogromna w tym zasługa nie tylko tematu, który jest mi dość bliski z racji „zwierzyńca” jaki mamy w domu, ale też bogatej bazy źródeł filozoficznych, socjologicznych, antropologicznych i innych, z których z dużą swobodą korzystała autorka. Świetna rzecz, którą warto mieć w swoich zbiorach. 

Podobne wpisy