Lolita
Dokładnie 49 lat, 2 lipca, temu zmarł Vladimir Nabokov. Napisał wiele powieści, ale do historii przeszedł głównie z powodu „Lolity”.
„Lolita” to powieść wyjątkowa z wielu powodów, choć w latach 50. zwracano uwagę przede wszystkim na temat: bulwersujący, skandalizujący, wstrząsający swoim autentyzmem obraz mężczyzny obsesyjnie zafascynowanego „nimfetkami”, nastoletnimi dziewczętami, których urok na naszego bohatera działał niczym melodia fujarki na szczury, niczym syreni śpiew na zbłąkanych żeglarzy. Humbert Humbert nie umie się oprzeć zauroczeniu, a Lolita, Dolores Haze, z zadziwiającym wyrachowaniem wchodzi w tę grę.

Fabuła „Lolity” to nie jest tylko romans, psychologiczny thriller i powieść drogi, tak chętnie i spektakularnie wykorzystywana przez amerykańskich pisarzy początku drugiej połowy XX wieku. To przede wszystkim widowiskowy popis erudycyjny autora, dla którego przecież język angielski był kolejnym z rzędu środkiem wyrazu. A jednak potrafił stworzyć w nim arcydzieło, bo tym właśnie jest „Lolita”. Powieścią wybitną, w moim osobistym rankingu stojącą na równi z „49 idzie pod młotek” Pynchona i „W drodze” Kerrouaca. Językowe uniwersum, w którym można się zanurzyć na długie godziny.
Spoczywaj w pokoju, panie Vladimirze.