Magdalena
Była taka piękna seria W.A.B., nazywała się „Archipelagi”. I tej serii wychodziły świetne polskie powieści. Żadnej lipy, żadnego miziania, sama konkretna literatura. A potem „Magdalena” Tomasza Piątka.

Mam wrażenie, że 2014 roku był sto lat temu. Przynajmniej jeśli chodzi o literaturę, bo życiowo to wręcz odwrotnie. Ale takiej literatury jak wtedy, później już nie było. „Magdalena” wówczas przeszła bez większego echa. Bo to taka spóźniona mocno powieść drogi. O tej drodze, którą przeszła Rzeczpospolita od lat 80. do 90., ale i o banalnej drodze, którą reemigrant z Francji pokonuje w przaśnych realiach z nastolatką zabraną przy okazji z domu dziecka, gdzie miał nadzieję na nocleg. Tytułowa Magdalena jest oczywiście postacią mocno archetypiczną, symboliczną, a fakt, że Rafał ją nieco przypadkiem, a dość obcesowo zgwałcił nadaje całości okropnej symboliki.
Powieść Piątka jest niestety niespełnionym snem o czytelniczej rozkoszy, urywa się w pewnym momencie zupełnie niespodziewanie, jakby autor znudził się i postanowił szast prast pozamykać wszystkie wątki w cholerę. Rozczarowuje tym bardziej, że większa część oczarowała.
Dobrze, że takie książki miały gdzie się pojawić. Dzisiaj byłoby to raczej niemożliwe. Bo jak to sprzedać? Jaki gatunek przykleić do okładki? Gdyby najpierw powstał film (to przecież praktycznie gotowy scenariusz na mroczną i gorzką komedię), to inna inszość. Wtedy by się rzucili na autora wszyscy i byłby Żulczykiem. Albo lepiej. Piątkiem.
Tomasz Piątek, Magdalena, W.A.B., Warszawa 2014
?
[Książka kupiona w Antykwariacie ?Szperalnia?]