Jak na debiut…

Powieść „Call after midnight” była debiutem Tess Gerritsen. Na sławę i miliony musiała jeszcze poczekać prawie 10 lat. Wiem już dlaczego.

callGeneralnie Gerritsen zawsze chciała pisać. Mądrość życiowa kazała jej skończyć studia i zostać lekarzem (i antropologiem – tak nawiasem pisząc), ale to literaturę miała w sercu. Zanim zdobyła popularność na całym świecie, dostała sporo nagród i zarobiła miliony, nie była przekonana do swojego talentu. Napisała dwie powieści „na próbę”, ale nikomu ich nie pokazała. Potem – w 1986 roku – napisała „Call after midnight” i zaniosła do wydawnictwa. Harlequin Intrigue wydał ją rok później. Szału nie było, choć Gerritsen wskoczyła na prawie dziesięc lat do zbioru pisarzy „średnich”.

„Call after midnight” to opowieść rzeczywiście dziwna. Napisana dość chaotycznie, jakby autorka chciała zauroczyć czytelnika mnogością miejsc, gęstością fabuły – choć jest ona w rzeczywistości bardzo prosta. Średnio atrakcyjna Amerykanka – Sarah Fontaine – poznała sześć miesięcy wcześniej przystojnego mężczyznę. Dwa miesiące wcześniej się pobrali. Mężczyzna utrzymywał, że pracuje dla Bank of London i musi regularnie latać do Anglii. Tym razem jednak nie zadzwonił z podróży. Zadzwonił za to pracownik służb dyplomatycznych ze smutną wiadomością. Geoffrey nie żyje. Zginął w pożarze, który sam wywołał zasypiając z papierosem w hotelowym pokoju. W Berlinie.

Sarah nie wierzy w śmierć męża, choć przy zwęglonych zwłokach znaleziono jego ślubną obrączkę. Jej wątpliwości się pogłębiają, kiedy ktoś włamuje się do jej domu i nie kradnie nic, oprócz ich ślubnego zdjęcia. A potem dzwoni telefon i Sarah słyszy głos męża. Nie myśląc o niczym, kobieta leci do Europy odkryć prawdę. Towarzyszy jej mężczyzna, który pierwszy zadzwonił ze smutną informacją. Między dwojgiem rodzi się zauroczenie, fascynacja – miłość. W Europie odkrywają prawdę: Geoffrey był agentem, najpierw Mossadu, potem CIA. Na każdym kroku giną ludzie, Sarah i Nick mają przeciwko sobie bezlitosnych prześladowców. Nikt nikomu nie ufa.

Ale oczywiście wszystko skończy się happy endem.

Tylko po co to czytać? Znowu się trochę zawiodłem. Kolejną porcję emocji muszę wybrać nieco staranniej.

Podobne wpisy

  • 16 schodów 

    Proza Bartłomieja Siwca jest nieco mniej znaną jego aktywnością literacką. Szef bydgoskiego oddziału SPP słynie przecież głównie z poezji, którą publikował już w niezliczonej liczbie czasopism literackich i za którą otrzymał masę nagród. Tymczasem jego proza jest równie interesująca, choć trzeba przyznać, że od paru lat Siwiec powieściowo milczy. Wydane przez Wydawnictwo Mamiko w 2018…

  • Uwikłani 

    Krzysztof Sidorkiewicz ma dużo do opowiedzenia, bo widział z bliska wiele. Tak głęboka świadomość historycznej kuchni niekoniecznie musi pomagać pisarzowi, może być niestety i tak, że nadmiar wiedzy przytłacza – najpierw twórcę, potem jego bohaterów, a na końcu czytelnika. Czy „Uwikłani”, jego najnowsza, druga w dorobku powieść dźwignęła bagaż doświadczeń autora?  Nie lubię biografizowania literatury,…

  • |

    Konspiracja na najwyższym poziomie

    Kim jest autor „Altar of bones”, widniejący na okładce pod nazwiskiem Philip Carter, to jedna z najbardziej strzeżonych tajemnic wydawnictwa Simon & Schuster. Wiadomo, że to pseudonim jednego z najbardziej popularnych dzisiaj pisarzy. Krytycy spekulują, że to może być Harlan Coban lub Stephen King. Mi bardziej wygląda na Dana Browna. Jakby nie było, „Altar of…

  • Częściowo świetna powieść

    Wydana w 2007 roku powieść „The Bone Garden” to – naprawdę przykro mi to mówić – jeden z najsłabszych tytułów w dorobku Tess Gerritsen. A szkoda, naprawdę szkoda, bo mogła to być świetna powieść. Chyba pierwszy raz Gerritsen użyła dwóch czasów powieściowych: teraźniejszości i pierwszej połowy XIX wieku. Nic odkrywczego, prawda? Po błyskotliwym cyklu Kate…

  • Recepta na dobre życie

    „Białe małżeństwa” i feminizm to nie są wymysły naszych czasów. Sto lat temu holenderski ginekolog, dyrektor kliniki ginekologicznej w Haarlem doktor Th. H. Van de Velde na poważnie zajął się tematem. Wnioski były oczywiste już wówczas: bez zdrowego, zaangażowanego, radosnego seksu małżeństwo staje się fikcją i prędzej czy później zakończy się albo piekłem, albo rozwodem….

  • Mała zbrodnia?

    Polską racją stanu jest używanie określenia „niemieckie, nazistowskie obozy koncentracyjne”. Argumentem koronnym jest to, że choć nie wszyscy Niemcy byli nazistami, to jednak Hitler i jego poplecznicy doszli do władzy w demokratycznych wyborach. Jak jednak nazwać obozy koncentracyjne, które były w Polsce po wojnie? Polskie? Komunistyczne? Po upadku Trzeciej Rzeszy większość niemieckich obozów trafiła w…