Hejter
Jarosław Jakubowski wydał ?Hejtera? w 2020 roku. Powieść trafiła w moje ręce sześć lat później. Szkoda, bo mógłbym w tym czasie przeczytać go kilkukrotnie, ale dobrze, że stało się to teraz, a nie za kilka lat. Albo w ogóle. O ile z chłodnym dystansem przyjmuję do wiadomości, że prawdopodobnie większość Polaków nigdy nie przeczyta „Hejtera”, to ogarnia mnie głębokie współczucie na myśl, że mogą z różnych przyczyn tego nie zrobić także twórcy. Zwłaszcza ci, którzy już osiągnęli lub ocierają się o życiowy moment, który można nazwać mniejszym czy większym sukcesem. I Bydgoszczanie. Bo jednak być Bydgoszczaninem i nie znać „Hejtera” to trochę obciach. Nie aż taki, jak być Bydgoszczaninem, przeczytać ?Hejtera? i nie umieć rozszyfrować takich osób jak Gruby, czy miejsc jak „Diabełek”, ale jednak.

„Hejter” jest przez krytyków i samego autora stawiany gdzieś w cieniu Houellebecqa. Może ze względów promocyjnych ma to jakiś sens, bo ludzie wciąż lubią poczytać mocne fragmenty dla dorosłych, podlane intelektualnym sosem i bieżącymi lękami Europejczyków średniego wieku, ale tak po prawdzie Houellebecq a Jakubowski w ?Hejterze? to dwa różne światy. Nie jest tak, że jeden wyżej, a drugi niżej. Broń Boże. Jakubowski idzie własną ścieżką i opowiada własną historię, zupełnie różną od tych, które snuje od lat francuski skandalista. Łączy ich parę spraw, od odcienia wyznawanego sposobu widzenia świata do epatowania erotyzmem, ale jednak więcej dzieli. O ile Francuz jest pełną gębą Europejczykiem, to Jakubowski jest Bydgoszczaninem z krwi i kości. Jak u autora „Serotoniny” kłuje w oczy udawana czy rzeczywista islamofobia, tak u Jakubowskiego na pierwszy plan wychodzi prawdziwa rozpacz twórcy, który prędzej czy później musi wybierać między sztuką a życiem, między wiecznością a relacjami, miłością a porządkiem rzeczy.
„Hejter” jest tylko pozornie, na samym wierzchu, pokrętnym kryminałem. Pisarz, Artur Niewiadomski, z impetem i tupetem wdrapuje się na krajowy parnas. Pisze powieści, felietony i ma czelność być politycznie zdeklarowany po prawej stronie. Jak każdy, kto choć trochę wystawił nos poza bydgoski, lokalny grajdołek, nasz pisarz spotyka się z namolnymi, idiotycznymi, bezpardonowymi atakami internetowych hejterów. Zwłaszcza jeden z nich rozdrażnia Niewiadomskiego swoim poziomem, impertynencją, namolnością. Odwiedza w domu Łukasza, przepraszam – Dariusza Rojka i grozi mu zabawkowym pistoletem. Kozak w necie robi pod siebie. A potem, kiedy zostaje już sam, umiera „z przyczyn naturalnych”. A Niewiadomski pisze powieść „Hejter”, w której opowiada tę historię.
Oczywiście wątków w tej powieści – mam na myśli powieść Jakubowskiego, a nie Niewiadomskiego – jest mnóstwo, a powyższy to tylko pretekst do kolejnych historii. Bohatera napędzają dwie potężne siły: miłość do żony, która zostawiła go dla innego mężczyzny i pęd do sławy, do wieczności. Miłość i erotyzm to u Jakubowskiego, podobnie jak u Houellebecqa, motyw wyróżniający, dominujący, ale nie konstruujący głównych bohaterów. To nie seks, nie alkohol, nie perwersje i hedonizm są paliwem pisarza, to raczej sposoby na tłumienie tej potwornej potrzeby tworzenia, która czasem skomle i wyje, gdy nie znajduje ujścia. Twórczość nie potrzebuje żadnych bodźców, żadnego specjalnego powietrza i wysublimowanej diety. W Niewiadomskim wszystko już jest, kotłuje się, wrze. Jeśli znajdzie możliwość, to potencja się materializuje.
Koszmar i rozkosz tworzenia to moim zdaniem najciekawsze motywy „Hejtera”, podobnie jak pytania o status twórcy i jego relację z tworzywem, jakby to z pewnością rozbierał na części pierwsze Filozof z „Rejsu”. A jednak ani Niewiadomskiemu, ani czytelnikowi „Hejtera” wcale nie jest do śmiechu. Jakubowski w przewrotny i atrakcyjny sposób pokazuje bezdenną otchłań samotności twórcy, który nieudolnie i rozpaczliwie próbuje ją zasypywać kolejnymi romansami, wcielaniem się w rolę ojca dla nieswojego dziecka, kochanka, syna, skandalisty, pracownika, felietonisty, upadłego celebryty. W każdej z tych ról znajduje jedynie chwilową ulgę w cierpieniu, które finalnie jest po prostu kosztem bycia twórcą. Wisienką na torcie tej powieści jest sam akt twórczy, którzy funkcjonuje w „Hejterze” na specjalnych zasadach. Mówi się o nim półgębkiem, bo to prawdziwa świętość, której nie wypada kalać opisami. Mężczyzna nie gada o tworzeniu, tylko tworzy. Opowiadać można o cielesności i innych sprawach z katalogu profanum.
Tłem dla „Hejtera” jest Bydgoszcz. Pojawiają się też inne lokacje, ale wiadomo, że „Hejter” to bydgoska opowieść. O ile Houellebecq kisi się, czasem w brawurowy, widowiskowy sposób, we własnym sosie, zapatrzony w nomen omen czubek swojego nosa, to Jakubowski zaczynał swój już kilkudziesięcioletni romans ze słowem pisanym w regionalnym dzienniku. Nic nie ujmując talentowi pisarskiemu, Jakubowski ma po prostu świetny warsztat reporterski, potrafi widzieć i opisywać to, co dla lokalsów jest tak oczywiste, że aż niezauważalne. W „Hejterze” jest masa takich smaczków, od architektury Bydgoszczy, do jej najważniejszej tkanki: ludzi, którzy stanowią o charakterze miasta. Wiele z tych miejsc i osób Bydgoszczanie tworzący lub bacznie obserwujący lokalna kulturę natychmiast rozpoznają. Daje to dużo przyjemności, choć oczywiście nie stanowi o wartości powieści, która obroni się nawet wówczas, gdy czytelnik nie będzie potrafił zlokalizować Bydgoszczy na mapie świata.
„Hejter” jest świetną, żywą, wartką i rewelacyjnie opowiedzianą historią. Mimo upływu kilku lat od premiery, jest wciąż dostępna w internetowych księgarniach, a że nic a nic nie straciła ze świeżości, gorąco zachęcam do tego, by posiadać własny egzemplarz. To jest zdecydowanie jedna z tych książek, do których z przyjemnością wraca się po latach.