Mord na Zimnych Wodach
Przedwojenna Bydgoszcz ma swój urok miasta pełnego rozpusty, wielokulturowości, ale także stresu powodowanego poczuciem niepewności, czy wręcz tymczasowości. Miasto pogranicza, w którym wciąż ścierały się żywioły narodowe i religijne. Nie jest łatwo oddać ten klimat w powieści, która przecież ma przede wszystkim dawać rozrywkę. Niewielu zresztą próbowało. Jarosław Jakubowski z wydaną w 2015 roku „Rzeką zbrodni” wysoko zawiesił poprzeczkę. Wyzwanie przyjęła dziennikarka i pisarka Małgorzata Grossman, wydając w 2019 roku „Mord na Zimnych Wodach”.

Opowieść o potwornych zbrodniach, jakich ofiarami padają kobiety, jest osadzona w niesamowicie wiernie oddanych realiach przedwojennej Bydgoszczy. Nie wiem jednak, czy to, co dla mnie jest atutem, dla niektórych czytelników nie będzie wadą. Autorka bowiem tak bardzo chce pokazać swoją drobiazgową wiedzę na temat ówczesnego miasta, że czasem oddaje jej pierwszeństwo nad rytmem fabularnym. A jest to przecież kryminał, więc czytelnik ma prawo spodziewać się szybkiego tempa, zwrotów akcji, wodzenia za nos i spektakularnych niespodzianek. Tymczasem dostaje momentami zbyt pieczołowicie zbudowane tło, które mi się bardzo podoba, ale czy wszystkim? Czy większość czytelników doceni, ba – nie poczuje się przytłoczona skrupulatnością topograficzną, gwarą i wiernością historyczną opowieści? Nie jestem pewny.
Błędne byłoby jednak wrażenie, że fabułą jest dla autorki jedynie pretekstem do opowieści o Bydgoszczy. Kobiety z podciętymi gardłami budzą rzeczywisty dreszcz. Aspirant Andrzej Fąferek także jest bohaterem z krwi i kości, soczystym i autentycznym facetem, który miewa swoje rozterki. Nie jest na szczęście klonem zmanierowanego, sponiewieranego alkoholem i przeżyciami damsko-męskimi detektywa, którego wiele wersji można dzisiaj znaleźć w popularnych kryminałach. Fąferek jest inny, specyficzny i oryginalny – to ogromny plus „Mordu na Zimnych Wodach”. A zbrodniarz? Nie będę zdradzał fabuły, ale to też jest oryginał. Na uwagę zasługuje cała paleta postaci drugoplanowych, zarówno męskich, jak i kobiecych – wyrazistych, ciekawych, intrygujących. Bo czyż nie zapada na długo w pamięć para przyjaciółek, które koniecznie chcą się do wiedzieć, czym jest peyotl? A że jedna z nich jest żoną policjanta, to mamy wyborny wątek, który dodaje powieści pikanterii i wyjątkowości.
Wspomniałem o gwarze. Tu widać świetny słuch autorki i wyczucie literacki, bo choć bohaterowie używają bydgoskiej gwary, to robią to w sposób oszczędny, nie psujący przyjemności z lektury nawet tym czytelnikom, którzy jej w ogóle nie znają. Integralną częścią książki jest słownik gwary, ale uwierzcie: jest on wisienką na torcie, a nie kluczem, bez którego dialogi stają się niezrozumiałe. Małgorzata Grosman ma doświadczenie dziennikarskie i to widać w jej powieści: umie opowiadać tak, żeby czytelnik chciał jeszcze kilka stron, i jeszcze? Przynajmniej taki czytelnik jak ja, którego nie znuży precyzja dotycząca ulic, linii tramwajowych i nazw przedwojennych sklepów. Ale pozostali też będą świetnie się bawili razem z Fąferkiem i jego ekipą poszukując bezwzględnego mordercy kobiet.
Książkę kupiłem w księgarni Enigma – Tak czytam przy ul. Gdańskiej.
Małgorzata Grosman, „Mord na Zimnych Wodach”, Zysk i S-ka, Poznań 2019