Światłoczułość
Sięgałem po ten tytuł z olbrzymimi oczekiwaniami. Nie zawiodłem się. Jeśli rzeczywiście za pseudonimem „Jakub Jarno” kryje się Remigiusz Mróz, to czapki z głów: udowodnił, że potrafi pisać nie tylko dla mas, ale też śmiało porusza się po przestrzeni literatury poważnej, ambitnej, stawiającej przed sobą cele zdecydowanie wykraczające poza rozrywkę.

„Światłoczułość” to niełatwa formalnie opowieść o relacji między chłopcem, który przetrwał piekło i znalazł światło w literaturze, a dziewczynką, która widziała świat przez własne okulary. Historia zaczyna się gdzieś na wschodzie Europy w mrocznych czasach II wojny światowej, kiedy zewsząd czaiła się zwykła, brutalna, idiotyczna, pozbawiona jakichkolwiek wartości śmierć. Bez żadnej metafizyki. Brudne, beznadziejne cierpienie kończące się równie bezsensowną śmiercią nieśli wszyscy inni: niemieccy żandarmi, polscy partyzanci, ukraińscy chłopi, zwykli wieśniacy, sowieccy żołnierze. Wszyscy. I w ten okropny gar bólu zostają wrzuceni nasi bohaterowie. Młodziutki, biedny i niepiśmienny chłopiec wyprowadzający na pastwisko kozy oraz dziewczynka pasąca, jak się okazuje – nieswoje, krowy. To ona zatrzymuje naszego chłopczyka, gdy wszyscy inni biegną do wsi wezwani rozpaczliwym krzykiem mieszkańców, po których niebawem zostanie tylko dramatyczne wspomnienie. Wszyscy są wymordowani, a wcześniej bezlitośnie umęczeni.
Nasi bohaterowie rozstają się, ale wciąż żyją ze sobą. Tutaj autor pokazuje ogromną wiarę w słowo: chłopiec i dziewczynka piszą do siebie listy, które najpierw docierają do adresatów, ale później już nie mają szans przedrzeć się przez koszmarne bariery, jakimi dorośli podzielili świat.
Nie zdradzę dalszych losów, ale warto doczytać do ostatniej strony.
„Światłoczułość” to proza zapatrzona w język. Delikatna i dosadna równocześnie. Paradoks? Wcale nie. Autor postawił na trzy plany narracyjne: główny, trzecioosobowy, powieść pisaną przez bohatera i listy bohaterki. Nie mamy tu jednak do czynienia ze zwykłą powieścią szkatułkową, bynajmniej. Te przestrzenie ze sobą nie konkurują, ale też nie uzupełniają się w banalny sposób: one współtworzą opowieść tak, jakby były różnymi ścieżkami prowadzącymi do tego samego ogrodu.
Zdecydowania to jedna z ciekawszych powieści przeczytanych przeze mnie w ostatnim czasie.