|

Wiersze frechowne 

Rafael Budzbon to człowiek niedzisiejszy. Naprawdę! 

Poznaliśmy się, kiedy miałem może z dwadzieścia lat, w redakcji Ilustrowanego Kuriera Polskiego. Pierwszy raz zdębiałem, gdy dowiedziałem się, że jest ode mnie blisko piętnaście lat starszy. Drugi raz, gdy się okazało, że „Rafał” ma na imię Rafael. Później dowiedziałem się, że w gronie różnych pozorantów i krzykliwych „bohaterów Solidarności”, był on jednym z niewielu prawdziwych walczaków. Od przełomu lat 70/80 do końca komuny twardo stawał po stronie wolności, co kosztowało go wyrok i odsiadkę w więzieniu. Nigdy nie słyszałem, by o tym mówił, to inni mówili o nim – zaimponował mi wówczas skromnością, tak rzadką wśród ludzi, którzy „obalili komunę”. Rafał nie chciał partycypować we fruktach, które dzielili jego koledzy z podziemia. Kiedy w 2005 roku ukazała się antologia „Mówi Bydgoszcz”, w notce biograficznej przy Rafale można przeczytać: „obecnie bezrobotny”. Kolejny raz mnie zdumiał, że choć jest świetnym, wrażliwym fotografem, to potrafi także dobrze pisać – to szalenie rzadka cecha u osób profesjonalnie robiących zdjęcia, prawda? Jakoś te talenty się gryzą. 

Pierwsze wiersze Budzbona były osobistymi obserwacjami, refleksjami na temat świata – nie ma co ukrywać, przecież większość poetów tak właśnie pisze. Bywają świadectwa poetyckie różnego formatu i kalibru, Rafał pisał dobrze, ciekawie, nieco przewidywalnie, ale z ogromną dyscypliną językową. Na debiutancki tom poezji „Noc jak dzień” musiał jednak poczekać niemal dziesięć lat. To blisko pięćdziesięciostronicowa książka, która niestety przeszła bez większego echa. W roku 2014 nie wystarczyło już pisać dobre wiersze, robić wybitne okładki, ilustrować świetnymi fotografiami. Trzeba jeszcze było umieć to „towarzysko” sprzedać, a od tej umiejętności Rafael stroni. Książka jest wciąż dostępna (widziałem ją ostatnio bodajże w Gratce – przy ul. Jezuickiej) i na pewno warto po nią sięgnąć, warto ją mieć, bo rzadko w poezji zdarza się tyle przestrzeni i jasności myśli. W „Noc jak dzień” jest jeszcze jedno intrygujące zjawisko, które będzie ewoluowało: autor tka swoją opowieść ze słów i składni, co oczywiste, z przemyślanych i bardzo sensualnych fotografii, co ciekawe, ale również z interpunkcji: początkowo użycie kropek i przecinków może nieco drażnić, z czasem zacznie intrygować i dopowiadać to, czego inaczej powiedzieć się nie dało. Jak tutaj: 

Kiedy nie stawiam już pytań. 

Wymagam jasnych odpowiedzi, 

od siebie.

Drugą książką Rafaela Budzbona był tom zatytułowany „Slideshow”. Czym jest ta książka? Pierwszą część stanowią cztery zwarte teksty, będące opowiadaniami solidnie opartymi o wątki biograficzne autora, ale także o? dokumentację archiwalną przechowywaną przez Instytut Pamięci Narodowej. To specyficzna podróż autora po przeszłości, której śladami są m.in. listy pisane przez niego do żony, podczas odbywania kary więzienia za odmowę służby wojskowej. Bohater opowiadań mówi także o przeżyciach w celi, wartościach duchowych, Bogu, ale także o polityce zgoła bardzo aktualnej, dzisiejszej. Nie jest to pamiętnik, autobiografia, a raczej proza oparta o biografię? Nieco oniryczna wyprawa w głąb siebie i czasu, by zrozumieć tu i teraz? Pewne sugestie otrzymujemy w drugiej części książki, którą stanowi zbiór wierszy zgrupowanych w trzech blokach, biorących nazwy od trzech kolejnych miesięcy: maja, czerwca i lipca. Tematyka tej poezji znów oscyluje wokół wolności, a właściwie jej pozornego braku, miłości, tęsknoty. Autor znów rozszerza swoje liryczne narzędzia. Tym razem rezygnuje całkowicie ze znaków interpunkcyjnych, a dodaje eksperymenty formalne, rozbija słowa, wymuszając ujawnienie kolejnych pokładów sensów, jak w wierszu bez tytułu: 

ach taki jestem wolny

na progu na bagażu

jak urwany sen

przed świtem

taki jestem wolny

pod celą pąs

owa łza

Osiem lat po „Slideshow” ukazała się ostatnia jak dotychczas książka Rafaela Budzbona – „Wiersze frechowne”. Co znaczy ten tytuł? Bydgoszczanie wiedzą, powinni, przynajmniej ci, których rodzice nie wyjeżdżali na wakacje na wieś do swoich dziadków. Bydgoszczanie przechowujący pamięć o mieście, które odegrało tak ważną rolę w międzywojennej batalii o tożsamość regionu i zapłaciło tak ogromną cenę za wrzesień 1939. Frechowne, czyli bezczelne, wiersze Budzbona mówią także i o tożsamości. Autor podjął się zadania wydawałoby się niewykonalnego: ożywił w zwartej, nieprawdopodobnie zdyscyplinowanej formalnie poezji język sprzed wieku i opowiedział nim nie tylko historię, która w nim żyje, ale też to, co dzisiaj dotyka bohatera lirycznego kreowanego przez Rafaela Budzbona. 

„Wiersze frechowne” stanowią opowieść, jakiej nam, Bydgoszczanom, brakowało tak bardzo, że aż sobie tego nie uświadamialiśmy. „Po bydgosku” pisał Sulima-Kamiński, próbowało przemycać bydgoską gwarę kilku innych autorów, ale nikt nie podszedł do niej tak poważnie jak Budzbon. Tutaj nie ma „cepelii”, nie ma żadnego kokietowania, picu i udawania, żadnej tandety i tanich sztuczek: jest kawał solidnej poezji domagającej się prawdy.

Piorunujące wrażenie robi połączenie martwej już dzisiaj gwary, ascezy składniowej, minimalizmu językowego i zaskakujących prób wyrwania ze słów kolejnych sensów poprzez precyzyjne, głęboko przemyślane zabiegi formalne. Jak w wierszu „Szpas” (czyli: dowcip, żart): 

poecie

łach myto

ino

pomylona

grama

tyka

Albo bardzo poważny w wymowie wiersz ?Repeta? dotykający wciąż drzemiących w bydgoskiej duszy dramatów: 

przekuć Polaka

na Pomorzaka

albo na od

wrót do

Bydgoszcz

AK

Warto i trzeba wspomnieć, że „Wiersze frechowne”, podobnie zresztą jak dwie poprzednie książki, są świetne wydane, z ogromną dbałością o kwestie edytorskie. Szkoda, że jak się wydaje Bydgoska Licencja Marek zakończyła działalność. Tym bardziej warto i należy mieć na półce książki Rafaela Budzbona. Niewielu poetów traktuje dzisiaj twórczość tak poważnie, jak on to robi. Niewielu też jest w stanie podjąć brawurową próbę wyrwania z języka czegoś jeszcze, kolejnych sensów, które mogą precyzyjniej oddać myśl autora. Tego rodzaju walka o sens jest ryzykowna, bo może kosztować komunikatywność, ale jeśli zakończy się sukcesem – a u Budzbona tak jest! – to otworzą się liryczne przestrzenie, dzięki którym autor zaskarbi sobie wiernych czytelników. 

„Noc jak dzień”, Bydgoska Licencja Marek, Bydgoszcz 2014

„Slideshow”, Bydgoska Licencja Marek, Bydgoszcz 2016

„Wiersze frechowne”, Bydgoska Licencja Marek, Bydgoszcz 2024

Podobne wpisy

  • Chłopiec, który został geniuszem

    Palec do góry, kto pamięta, że Lem napisał tak specyficzną, wyrywkową autobiografię? Ja przynajmniej zupełnie to przeoczyłem, przypadkiem wygrzebałem w jakimś antykwariacie „Wysoki Zamek” i jestem pod olbrzymim wrażeniem. To książka, do której należy wrócić – tym bardziej w mojej osobistej, intymnej sytuacji pre-ojcowskiej 🙂 Przedwojenny Lwów, rodzina z – jakbyśmy to dzisiaj nazwali –…

  • Co można zrobić językiem?

    Profesor Ida Kurcz była dla mnie od zawsze jednym z raptem kilku naukowców, którzy naprawdę rozumieli do czego służy język. Jej prace imponowały mi dystansem zarówno do „fundamentalnych twierdzeń” językoznawców i psychologów, jak też do nowinek, którymi zachłystywali się niektórzy badacze. Profesor Kurcz umiała też zgrabnie, z olbrzymią werwą łączyć aparaty terminologiczne wielu dziedzin, które…

  • Sanktuaria słowiańskie

    Bogusław Gierlach napisał tę książkę dawno temu, w 1980 roku, a Replika wydała ją w 2024 roku. Czy to ma sens? Praca bądź co bądź naukowa, czy popularno-naukowa po tylu latach wciąż jest aktualna i zwyczajnie atrakcyjna dla czytelnika? Owszem!  ?Sanktuaria słowiańskie? są swoistym esejem archeologiczno-antropologicznym. Autor przybliża specyfikę słowiańskich, przedchrześcijańskich świątyń, o których tak…

  • Ostatni list pastora Amesa

    Pastor Ames ma siedemdziesiąt siedem lat, młodziutką żonę, sześcioletniego syna i umiera. Żeby zostawić po sobie ślad w duszy i umyśle dziecka pisze do niego list. Długi list, który Marilynne Robinson zatytułowała „Gilead”, od nazwy mieściny w której wszystko się dzieje i za który dostała nagrodę Pulitzera. Całkowicie zasłużenie.  To genialna, choć naprawdę niełatwa opowieść….

  • Hipnoza

    Jest jeden, ale za to bardzo istotny, kluczowy powód, dla którego nie byłem fanem Krzysztofa Bochusa: nie znałem jego twórczości. W ogóle przez długi czas stroniłem od literatury rozrywkowej, szukając wielkich prawd w literaturze bardziej wyrafinowanej. Teraz znów potrafię czerpać ogromną przyjemność z czytania powieści, które mają proste, choć szalenie trudne do realizacji, aspiracje: porwać…