Drzewo życia, drzewo śmierci

Znałem dobrze pierwszą książkę poetycką Grażyny Rochny (wówczas jeszcze bez drugiego członu nazwiska -Woźniak). To było trzydzieści lat temu. Grażyna była wtedy nieco sentymentalną, ale równocześnie drapieżną, onieśmielająca rozmachem lirycznym poetką, która frapowała, intrygowała i dawała piękny oddech od agresywnej, momentami wulgarnej i programowo buntowniczej przeciwko całemu światu poezji, jaka wówczas dominowała wśród naszych rówieśników. Przegapiłem kilka kolejnych jej tomików, niestety – nie wiem co i jak pisała, ale patrząc na liczne nagrody, z pewnością było to na wysokim poziomie. Nie porywając się na opinię dotyczącą całej twórczości Grażyny, do jednej refleksji mam prawo: uważam, że wydany w 2025 roku tom ?Drzewo życia, drzewo śmierci? jest w wąskim gronie najlepszych książek poetyckich, jakie przeczytałem od bardzo dawna. To dzieło kompletne, nieprawdopodobnie mocne w przekazie, perfekcyjne w formie i przy tym niesamowicie autentyczne.

„Drzewo życia, drzewo śmierci” Grażyny Rochny-Woźniak to książka konceptualna, choć kilka wierszy zamieszczonych w tym tomie to poezje – nazwijmy je – użytkowe. Tak chyba trzeba nazwać piosenkę, którą śpiewały dzieci na jubileusz Solca Kujawskiego czy wiersz, który został zdeponowany w „kapsule czasu”. Tylko czy to w czymś przeszkadza? Moim zdaniem: nie. Ten tomik to wciąż spójna opowieść, a właściwie wyznanie podzielone na kilka odsłon, z których każda dotyka nieco innego aspektu życia człowieka. Tytułowe drzewo jest metaforą substancji, z której Tkaczka tworzy ludzkie życie i która zostaje po jego śmierci. Poetka, bohaterka liryczna, jest mistyczką na miarę XXI wieku – szamanką, wieszczką, szeptunką, która skropliła swoją moc w słowach i nimi właśnie kreuje światy. A właściwie to jeden świat: swój własny, intymne uniwersum rozciągnięte między lekko tylko prześwitującą przez mrok przeszłością, a zakopaną we wspomnianej kapsule przyszłością, w której daleki wnuk znajdzie nić zostawioną przez poetkę.

Jak na szamankę przystało, wiele utworów to swoiste pieśni, porywające rytmem i wizją, hipnotyczne i oszałamiające przestrzeniami kobiecości. Bo to zdecydowanie jest poezja kobieca. Broń Boże nie feministyczna, nie ideologiczna, ale kobieca tak, jak kobiecość musieli rozumieć nasi dalecy przodkowie: jako siedlisko dobra, mądrości, lecz także pytań, których mężczyźni zbyt często opanowani przez żądzę władzy i dominacji, nie potrafili zadawać. W to miejsce wchodziły szeptuchy i wieszczki, szamanki i wiedźmy, którym odwagi nie brakowało. Trzeba mieć bowiem niesamowitą pewność siebie, własnej wartości, żeby jak Rochna-Woźniak obnażyć się do cna i opowiedzieć całą historię, bez żadnych niedopowiedzeń: zarówno tę dotyczącą „ścierania moczu z dębowej podłogi”, jak i lęków przed światem, który czasem jawi się jako przerażający potwór.

To jest książka kompletna, ale przecież można kilka wierszy wyróżnić. Bo zawsze jest tak, że coś dotknie mocniej, choćbyśmy nie wiedzieli dlaczego. Jak „Tryptyk: Maria i drzewa”, który mógłby bez najmniejszych kompleksów stanąć obok „Pana Cogito”. Albo opowieści o ojcu („Ojciec w Krainie Olędrów”, „Ojciec w Krainie Alzheimera” i „Ojciec w Krainie Przypływów”), które są wstrząsającym w swojej prostocie, bezpośredniości, ale stroniącym od turpizmu dokumentem wyrwania się człowieka z kokonu rzeczywistości. No i wreszcie „Litania do Matki (Odklejonej)”, która jest moim zdaniem jednym z najlepszych wierszy powstałych w języku polskim w XXI wieku. To cudowna klamra spinająca pierwsze utwory maryjne, na których kształtował się i dojrzewał język polski, z dzisiejszym rozdygotanym, rozbitym na milion kawałków światem, który dopiero niebawem zobaczy w lustrze obcą twarz i przerażony zacznie się zastanawiać nad tym, co się stało. Wtedy będziemy drżącym szeptem mówić wersy „Litanii” i liczyć na to, że Matka wciąż może być pestką, z której wyrośnie olbrzymie drzewo.

„Drzewo życia, drzewo śmierci” jest książką na długo zapadającą w pamięć. To przerażająco przenikliwe świadectwo kobiety osadzonej w konkretnym czasie i kulturze, kobiety świadomej siebie i swojej roli w historii. To poezja mądra i piękna, świeża i mocna.

Grażyna Rochna-Woźniak, Drzewo życia drzewo śmierci, Pejzaż Wydawnictwo, Bydgoszcz 2025

Podobne wpisy

  • Spóźniony debiut Bolitara

    Znowu Coben. Wiem, jestem nudny, ale zauroczyłem się. Już tylko kilka pozycji mi zostało. „Fade Away” to mimo wszystko jedna z ciekawszych części sagi do Myronie Bolitarze, jeśli to kogoś pocieszy. Tym razem Myron dostaje propozycję nie do odrzucenia od starego znajomego, trenera jednej z wiodących drużyn NBA. Ma podpisać kontrakt w miejsce kontuzjowanego Grega…

  • |

    Za horyzontem zdarzeń

    Co za ulga! Istnieje w polskiej literaturze przestrzeń poza kryminałem, sensacją i thrillerem! Mało tego, wciąż powstają książki w nurcie powieści psychologicznej. Jeśli komuś sama ta nazwa kojarzy się z traumatyczną nudą i dłużyznami, koniecznie powinien sięgnąć po książkę ?Za horyzontem zdarzeń? Radosława Rutkowskiego.  Nie znałem wcześniej tego autora, choć – jak sprawdziłem – miał…

  • Magia wokół nas

    Najbardziej magiczny region Polski? Większość bez namysłu odpowie: Podlasie. Faktycznie tam jest aż gęsto od ukrytych znaczeń, świątyń wszystkich religii, miejsc mocy i szeptuch, ale… Warto poszukać pradawnych obyczajów i magicznych wierzeń wokół siebie. Wiele z nich przetrwało do dzisiaj, choć zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy. „Magia ludowa z Pomorza i Kujaw” Anny…

  • Ostatni taki esteta

    W połowie kwietnia zmarł Maciej Obremski. Nikt nie potrafił mówić o historii zaklętej w budynkach tak, jak on. Przypomniałem sobie właśnie zbiór jego felietonów wydany w 1999 roku zatytułowany „Z krasnalami do Europy”. Zbiory felietonów mają to do siebie, że rzadko się bronią przed upływem czasu. Te teksty dzisiaj czyta się mimo wszystko znakomicie. Obremski…

  • Konan Destylator

    Pamiętacie Kira Bułyczowa i jego Wielki Guslar, w którym czasem pojawiały się w sklepie prawdziwe (spełniające życzenia!) złote rybki a wódka leciała z kranów? No to przypomnijcie to sobie w naszym, swojskim, wydaniu, które smakuje na pewno nie gorzej od radzieckiego mistrza ciętego SF. Andrzej Pilipiuk nie jest może językowym żonglerem, ale z całą pewnością…