tylko biel
Rok 2010. Grzegorz Kalinowski wydaje zbiór opowiadań „tylko biel” w Galerii Autorskiej. Książka trafia w moje ręce szesnaście lat później. Bez najmniejszego szwanku dla tej literatury.

Idę za ciosem. „Nieme skrzypce” mnie oczarowały, więc szukam dalej. Chcę znów wejść w ten oniryczny klimat na pograniczu Franza Kafki i Bruno Schulza. Pierwsze wrażenie wraca jak echo: edytorsko cudownie wydane, literacko na najwyższym poziomie, dopracowane w najdrobniejszym szczególe.
Zbiór opowiadań „tylko biel” był – jeśli internet nie kłamie – debiutancką książką prozatorską Kalinowskiego. To późny debiut, autor miał wówczas 55 lat i na koncie masę nagród, odznaczeń i innych wyrazów uznania działalności publicystycznej, krytycznej i popularyzatorskiej. Książka z marszu dostała Strzałę Łuczniczki. Słusznie, bo taki debiut nie trafia się często.
„Tylko biel” to raptem siedem krótkich opowiadań. Wszystkie są w podobnym, onirycznym i gęstym stylu. Nic wyjątkowego? No to przeczytajcie. Zaczyna się od opowieści człowieka, którego przed snem odwiedza tajemniczy posłaniec. Nasz bohater dostaje zaproszenie na własny koncert w nowowybudowanej filharmonii. Koncert na flet. Problem w tym, że narrator nie gra ani na flecie, ani na żadnym innym instrumencie. Lekceważy zaproszenie, traktując je jako żart. W dniu rzekomego koncertu idzie jednak do filharmonii. Okazuje się, że to nie był dowcip. Naprawdę ma zagrać główną partię.
Czy tego rodzaju koncept osadzony w onirycznym klimacie nie przypomina opowiadań autora „Zamku”? Owszem, ale Kalinowski robi to we własnym, oryginalnym stylu, wchodząc w subtelny dialog z Kafką, ale przecież także z innymi utworami i autorami, od „Sklepów cynamonowych” do prozy magicznej pisarzy z okolic Argentyny i Kolumbii. Nie ma sensu i powodu doszukiwać się u Kalinowskiego prostych fascynacji cudzym stylem, on tworzy własny, cudowny świat i równocześnie język, który jest w stanie go opisać. Jest to język poetycki, oczywiście, ale zdecydowanie daleki od rozmemłania, zaskakująco precyzyjny, choć spowity gęstą mgłą.
Motyw muzyki, koncertu jest wiodący w tej książce. Kalinowski niczym szczurołap z Hameln gra swoją hipnotyczną melodię, a my – czytelnicy – idziemy za nim od pierwszej do ostatniej litery. Opowiadanie zamykające tom, „Polowanie na zające”, zabiera nas w pełen okrucieństwa świat, w którym każdy z nas stracił niewinność. I musimy sobie z tym poradzić.
Minęły dwa miesiące. Zima. Ciągle zima. I teraz jestem chory. I będzie biel. Tylko biel. Jeść będę śnieg drewnianą łyżką z czarnej metalowej miski. I nic, nic, już nie usłyszę. Żadnego głosu, żadnego szeptu. I nikogo, nikogo, już nie zobaczę. Muzyka skończona. I coraz więcej bieli.
Jest to proza wybitna.
Grzegorz Kalinowski, „tylko biel”, Galeria Autorska, Bydgoszcz 2010