raymond-chandler-zegnaj-laleczko
0
10/10
Starszy, lepszy spleen
Przeczytane / 03/06/2015

Można go kochać, albo nie, ale facet otworzył powieści kryminalnej tylne drzwi. Pokazał brud, dekadencję i rozpacz otulone szalem cynizmu, humoru i mistrzowskich dialogów. Do “Żegnaj, laleczko” Raymonda Chandlera wracam regularnie i nic nie zapowiada, żeby ta fascynacja miała się kiedyś skończyć. Jest jeszcze ktoś, to nie zna Chandlera? Nie jest to pupilek dzisiejszych wydawnictw, to prawda, ale mimo wszystko nie tylko dla wielbicieli kryminałów to postać absolutnie kultowa. Tak, wiem co to słowo znaczy. Chandler jest kimś, kto nie oglądając się na konwenanse, konwencje i standardy stworzył coś, co fascynuje, a niewielu potrafi i chce penetrować. Mówię o pisarzach, bo czytelnicy to chłoną niczym Marlow whisky. Takt, językowa wirtuozeria, warsztatowa doskonałość, finezja i zbyt dosadne, choć dzięki temu prawdziwe rozczarowanie światem sprawiają, że stawiam Chandlera na półce z arcydziełami XX-wiecznej literatury. Nie żartuję, to jest proza, która więcej opowiada o pierwszej połowie ubiegłego wieku niż może się wydawać. Znam tylko dwóch pisarzy z tej ligi, których mogę otworzyć gdziekolwiek i znajdę “cytat masakrę”. Zakład? Otwieram! Próbowałem krzyczeć, zupełnie bez celu. Oddech tłukł mi się w gardle i nie mógł się wydostać. Indianin rzucił mnie na bok, a kiedy upadłem, wziął mnie w nożyce. Potem w beczkę. Jego ręce przesunęły…

Lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć – “Ołówek” Raymond Chandler
Przeczytane / 08/11/2011

Zacząć trzeba od tego, że Raymond Chandler był wielki. Bardzo wielki. A już Marlowe był największy. I co z tego, że książczynę da się przeczytać czekając na omlet ze szpinakiem w barze “Kaprys”? Ta malutka, skromna, niepozorna powiastka naprawdę przykuwa jedynie na parę chwil. Tak naprawdę, to jest opowiadanie. Wydane jak książka. Tym razem prywatny detektyw Phillip Marlowe ma zadanie: wyprowadzić z miasta gangstera, na którego Organizacja wydała wyrok śmierci. Niebawem taki sam wyrok – naostrzony ołówek – dostaje w prezencie sam Phillip Marlowe. Oczywiście, Chandler wszystko komplikuje, ale tak się spieszy, że trochę mam wrażenie, że ukradł mi sporo przyjemności. Marlowe jak zwykle jest pijakiem i kobieciarzem, jak zwykle trochę ratują mu dupsko koledzy z policji, a trochę zakochane po uszy kobiety. Jednak w “Ołówku” wszystko to jest napisane zbyt szybko, zbyt niechlujnie. Jakby Chandler spłacał po prostu rachunek za porządną popijawę w tanim barze. Szybko, bez kombinowania, bez polotu.  Tym niemniej, czasem warto przeczytać jedną z najsłabszych powieści genialnego pisarza, niż zmęczyć się nad najlepszym dziełem pisarza słabego. A Chandler był wielki. Bardzo wielki