Spiski obnażone, czyli tajemnicą jest Dorsz
Przeczytane / 21/02/2014

W muzeum znaleziono zamordowanego kustosza, który zajmował się tropieniem najtajniejszej z tajnych organizacji pod nazwą Conspiratus Opi Dei. W skrócie COD. Nie został zamordowany w “zwykły” sposób. Zabito go zamykając mu gardło prawie metrowym… dorszem. Dorsz to po angielsku cod. Witajcie w opowieści pod tytułem “The Va Dinci cod”. A.R.R.R. Roberts to pseudonim brytyjskiego pisarza specjalizującego się w parodiach. Jego wersja “Kodu Da Vinci” zdaje się być genialną odtrutką na nadęte powieści demaskujące spiskową naturę dziejów. Mamy więc doktora Roberta Donglana, naukowca specjalizującego się szyfrach i byciu prawdziwą fajtłapą, seksowną nieznajomą Sophie, tajemniczego i sędziwego księdza, fałszywego policjanta. Są strzelaniny, pogonie, ucieczki, zwroty akcji, błyskotliwe dialogi. Plus oczywiście mamy tajemnicę, która może wyjaśnić wszystko, całą historię ludzkości. Oczywiście jest tym koncepcie fundament, solidny: pierwsze zdania Pisma Świętego. Wynika z nich, że zanim Bóg zaczął stwarzać cokolwiek, istniała woda. Autor prowadzi ten koncept to absurdu, którego nie zdradzę, żeby nie zniszczyć przyjemności z lektury, ale powiem tylko, że kluczem są dorsze. Czy raczej Dorsze Uwielbiam takie powieści. Powiastki w sumie, bo książkę połknąłem w jeden wieczór. Niesamowita zabawa językiem, konwencją – autor nie daje czytelnikowi możliwości odłożenia książki choćby na parę minut. Gdzieś nad wszystkim unosi się nieśmiertelny duch Monty Pythona….

Czary mary w 170 milionach egzemplarzy
Przeczytane / 01/01/2014

Długo się broniłem przed zjawiskiem pod nazwą “Dan Brown”. Ale jak dotarła do mnie informacja, że sprzedał on już 170 milionów egzemplarzy swoich powieści, zmiękłem. To nie ciekawość czy zazdrość mną kierowały, tylko poczucie obowiązku. Po prostu Dan Brown zajął w ostatnich latach taką pozycję w kulturze, że zwyczajnie trzeba go znać. No to spróbowałem… Na pierwszy ogień poszedł “Kod Leonarda Da Vinci”. Niby wyrosłem już z Pana Samochodzika, ale bądźmy szczerzy: jeśli ktoś w młodości chłonął z wypiekami Nienackiego, to został zainfekowany na zawsze. Można się wypierać i zaklinać, ale dobrze napisana powieść o tajemnicach, przygodach, ucieczkach i skarbach zawsze wywoła ten sam znany z młodości rumieniec. Nic to, że autor obraża czytelnika traktując go momentami jak ostatniego idiotę – “to na pewno z myślą o amerykańskich odbiorcach” myślimy sobie ignorując nieprzyjemne sugestie Browna. A ten stosuje naprawdę proste sztuczki żeby nas przykuć do lektury. I chwała mu za to.